"Szczęście to jedyna rzecz, która się mnoży, jeśli się ją dzieli"


"Szczęście to jedyna rzecz, która się mnoży, jeśli się ją dzieli"
Wypad na kawę z Magdą
Niedawno Venila ze zdziwieniem odkryła, że zaczyna lubić ludzi. Uśmiechałam się szeroko czytając jej tekst, bo u mnie dzieje się dokładnie to samo. Nie żebym wcześniej była jakimś odludkiem co to mówi tylko, gdy go zmuszą, ale nie garnęłam się specjalnie do towarzystwa. Miałam tych kilka osób, które mi wystarczały i nie szukałam nikogo innego. Zwłaszcza, że od zawsze byłam dość nieśmiałym typem, którego przerażały duże grupy obcych ludzi.
Ale coś się zmieniło. DUŻO SIĘ ZMIENIŁO. W ostatniej notce pisałam o tym jak udało mi się wyjść poza swoją strefę komfortu i przeżyć wspaniałą przygodę z cudownymi ludźmi. Well, ci ludzie nie rozpłynęli się w powietrzu po zakończeniu spektaklu. Wciąż mamy kontakt i mogę śmiało powiedzieć, że zyskałam znacznie więcej niż tylko nowych znajomych na facebooku. I ja chyba też zaczynam lubić ludzi! Bo od tej pory znacznie lepiej czuję się w towarzystwie i nie mam absolutnie nic przeciwko poznawaniu nowych osób. Sama się sobie dziwię, ale też dobrze mi z tym, że moja pewność siebie tak skoczyła w górę. A wiecie co działa na innych najlepiej? Uśmiech. Taki zwykły, szczery uśmiech. Dobra, zaczynam sypać takimi banałami, że chyba lepiej przejdę do następnej kwestii:)
 ------------------------------------
Muszę się Wam pochwalić, że w następny piątek czeka mnie pierwszy prawdziwy duży wyjazd. Taki wiecie, bez rodziców, bez opiekunów, bez narzuconego planu dnia... Ach! Wybieram się z koleżanką... na Kretę! Przenocuje nas jej siostra, która aktualnie tam studiuje, a reszta zależy od nas:) Przed wyjazdem pewnie wrzucę jeszcze jakiś wpis, a po powrocie zamieszczę relację, więc dziś tylko takie luźne nawiązanie.
 -------------------------------------
Na weekend zaplanowałam sobie nadrabianie zaległości w szkole (ekscytująco!), których narobiłam sobie przez wyjazdy i występy teatralne (brzmi dumnie, a to tylko zwykłe kółko). Kolejne zaległości już czekają w kolejce (bo przecież przez Kretę opuszczę cztery dni lekcji), więc naprawdę muszę spiąć poślady. Nie zepsuję sobie swoich pięknych ocen, o nie!

Pierwszy krok poza strefę komfortu


Pierwszy krok poza strefę komfortu 

Długo mnie tu nie było, za co bardzo przepraszam, ale trochę pochłonęła mnie szkoła i inne zajęcia, o których napiszę za chwilę. W każdym razie wracam, nadrabiam zaległości u Was i za chwilę znowu uciekam, bo kolejne ważne zadanie przede mną.

Dzisiejszy wpis poświęcę swojej pierwszej prawdziwej próbie wyjścia poza swoją strefę komfortu, która ostatnimi czasy dość mocno trzymała mnie w uścisku. Nie jestem chorobliwie nieśmiała, można by rzec, że całkiem swobodnie czuję się w towarzystwie i od końcówki pierwszej klasy liceum stałam się całkiem pewna siebie. Czasami jednak z niezrozumiałych powodów nie potrafię nawiązać tak dobrego kontaktu z ludźmi jak bym chciała, co też blokuje mnie przed próbowaniem nowych rzeczy. We wtorek jednak postanowiłam lekko wychylić się poza swoją strefę bezpieczeństwa i ku mojemu zdziwieniu okazało się, że to była jedna z moich najlepszych decyzji jak do tej pory.

W tym tygodniu w moim mieście odbył się casting do spektaklu, którego członkowie mieli wejść w skład tworzonego u nas oddziału PaT-u. W skrócie, grupa ta zrzesza młodych ludzi z całej Polski (oddziały ma w wielu miastach) propagujących modę na życie bez uzależnień. Jako osoba całkowicie zajarana teatrem i aktorstwem postanowiłam spróbować swoich sił (a trzeba było wystąpić przed wszystkimi, którzy przyszli się pokazać, łącznie ok. 150 osób). W sumie czułam się całkiem pewnie i jak się okazało słusznie - znalazłam się wśród 50 osób, które przeszły dalej.
Nie będę tu opisywać wszystkiego co się działo, bo byłoby tego za dużo, ale mogę spokojnie powiedzieć, że te trzy dni w pewnym stopniu mnie zmieniły i dały jakiś impuls do dalszego działania. Przede wszystkim dużo się nauczyłam od reżysera, jak i jego pomocników, wspaniałych młodych ludzi, którzy mają w sobie ogromną pasję i zaangażowanie. Usłyszałam wiele miłych słów, poznałam mnóstwo wrażliwych, wartościowych osób i poczułam się częścią czegoś większego. Ta ciepła atmosfera, wygłupy i mnóstwo łez ostatniego dnia pozostaną w mojej pamięci na zawsze. A wspomnień nikt i nic nie może nam odebrać. Nie wiem jak działalność naszego oddziału będzie się rozwijać dalej, ja póki co zamykam ten rozdział z wdzięcznością i radością ze wspólnie spędzonych chwil.
                                                         
I pomyśleć, że nie byłoby tego wszystkiego, gdybym się wycofała (a przez chwilę myślałam o tym). Opuszczenie strefy komfortu to najlepsze co możemy dla siebie zrobić, bo wszystkie niespodzianki i przygody czekają właśnie poza nią:) Wierzcie mi, warto próbować nowych rzeczy i kolekcjonować takie wspaniałe wspomnienia. Każde wyjście poza strefę komfortu to krok naprzód! Nie warto stać w miejscu. Życie mamy tylko jedno i trzeba się nim cieszyć. Poznałam ludzi, którzy to właśnie robią - cieszą się życiem, robią to co kochają, zarażają pozytywną energią i przytulają do serducha każdego.

P.S. Należy ktoś z Was do PaT-u?

Zapomniałam jak okazywać miłość


Zapomniałam jak okazywać miłość
Uświadomiłam sobie dzisiaj, że zbyt rzadko przejawiam troskę czy zainteresowanie moimi bliskimi. Kocham ich bardzo i zależy mi na nich, a jednak w ogóle tego nie okazuję. Wiem, że przez większość czasu jestem skupiona na sobie i przyznaję, że ta egoistyczna cząstka mojej osobowości często dominuje, ale przecież mam wspaniałą rodzinę i przyjaciół, dla których skoczyłabym w ogień. A mimo to nie wiem co u nich słychać, co ciekawego ostatnio ich spotkało, z jakimi problemami się zmagają. Może trochę teraz przesadzam, nie mogę być przecież aż takim potworem, skoro znaleźli się ludzie, którzy twierdzą, że mnie kochają. To o czymś świadczy, prawda?

Nie dzwonię.
Nie lubię długo rozmawiać przez telefon. Mówię co mam powiedzieć i kończę. Potrafię tygodniami nie rozmawiać z przyjaciółkami. Wszystkie jesteśmy zabiegane, mieszkamy daleko od siebie, chyba tylko cudem dalej się przyjaźnimy. Ta znajomość trwa już tak długo i jest na tyle mocna, że nawet gdy nie widzimy się przez bardzo długi czas, to wciąż mamy tę więź, która sprawia, że nic się między nami nie zmienia.
Wczoraj zadzwoniłam do Moniki, tak po prostu, pogadać. W jej głosie dało się słyszeć bezbrzeżne zdumienie faktem, że jednak potrafię używać telefonu. Zapomniałam jak swobodnie się z nią rozmawia i jak potrafimy szczebiotać o wszystkim, choćby o tym, że właśnie wyszło słońce i świeci nam w okna przeganiając chmury.
Zabawne, że mając ten mądry telefon wypełniony niezbędnymi aplikacjami i niezastąpionymi funkcjami, które mają myśleć i działać za mnie, zapomniałam o jego podstawowym przeznaczeniu. Teraz będę pamiętać, że służyć ma przede wszystkim do podtrzymywania kontaktu. Będę częściej dzwonić.

Nie rozmawiam.
Dzisiaj przy obiedzie, który przypadkiem jadłam w salonie, a nie pochłonięta jakimś super ważnym zadaniem w swoim pokoju, udało mi się zamienić kilka słów z mamą. Na standardowe pytanie jak tam w szkole? bąknęłam coś o mojej sztuce, którą koło teatralne wystawia w kwietniu.
- Co to za sztuka? Czemu wcześniej mi nie powiedziałaś?
- Mówiłam ci.
- Nie mówiłaś.
- Na pewno mówiłam, jeszcze przed świętami.
- Ty mi o niczym nie mówisz.
Naprawdę jej mówiłam, ale mniejsza. Nie mogę dłużej ignorować faktu, że nie rozmawiamy i to głównie przeze mnie. Niebezpiecznie jest myśleć, że mamy na to czas i pogadać można w każdej chwili, a teraz trzeba się zająć innymi sprawami. Wiem jak bardzo można żałować takiego układu priorytetów. Tak samo jest z dziadkami, ich też odwiedzam zbyt rzadko. Czasami bardziej lub mniej świadomie skazuję kogoś na samotność.
Z młodszym bratem rozmawiam częściej, chociaż zdarza się, że musi mnie do tego zmusić. Zapominam, że mówi mi o tym, co jest dla niego ważne, choć mnie wydaje się głupie i dziecinne.
Wymiana krótkich zdań w kuchni przed wyjściem do szkoły to nie rozmowa. Będę więcej rozmawiać, będę uważniej słuchać.

Nie zaskakuję.
Nie potrafię sobie przypomnieć kiedy ostatnio zaskoczyłam swoich bliskich małym prezentem bez okazji, wyręczeniem ich w jakimś czasochłonnym zadaniu czy niespodzianką w jakiejkolwiek innej postaci. Nie chodzi o to, że nie potrafię być spontaniczna czy bezinteresowna. Zwyczajnie zapominam o takich małych gestach, które mogą sprawić innym przyjemność. Takie rzeczy jak choćby ugotowanie pysznego obiadu i spożycie go z rodziną, to już jest coś, zwłaszcza, że rzadko mamy okazję razem jadać. Będę częściej dawać moim bliskim okazję do uśmiechu.

Mogłabym tutaj mnożyć przykłady pokazujące jak zaniedbałam kontakty z osobami, na których w rzeczywistości bardzo mi zależy. Gdzieś po drodze zapomniałam o tym co jest najważniejsze. Nie wiem skąd ta autorefleksja, ale dobrze, że się pojawiła teraz, póki mam szansę coś zmienić.

Tak dla odmiany następny wpis spróbuję zrobić maksymalnie wiosenny i pozytywny, żeby nie było, że tylko siedzę i się umartwiam :)