Listopad to nie choroba

Nie czaję tej listopadowej zbiorowej depresji. W tym roku jestem jakoś mniej podatna na pogodę i nie tak łatwo mnie zagonić pod kołdrę w środku dnia. Szkoda mi trochę tego listopada, że taki znienawidzony i pogardzany. To ja powiem, że w tym roku listopad lubię. Wiadomo, że jest trochę inaczej - drzewa z kolorowych zmieniły się na zawstydzająco nagie, wstawanie rano do szkoły to chyba najtrudniejszy moment dnia, trzeba nosić grube swetry, bo można zamarznąć, a na zewnątrz ciemno, szaro i smutno (na pierwszy rzut oka).
Chwilami było ciężko - np. gdy siedziałam przez dziewięć godzin w szkole ubrana w cienki sweterek narzucony na koszulkę. Serio, nie widzę nic gorszego niż nieodpowiedni strój, w którym marznę. Albo gdy budzę się w podłym nastroju i wiem już, że przez większość dnia będę miała minę suki, która poćwiartuje każdego kto się do niej odezwie. Wtedy raczej odsuwam się od ludzi. Senność też mnie często dopada, czasem po prostu muszę zrobić sobie popołudniową drzemkę, albo wlać w siebie kubek kawy. Pewnie, że niektóre dni są do dupy.

Ale listopad to nie choroba. W tym roku nie zdarzyło mi się na niego narzekać, zwłaszcza, że deszczowych dni było tylko kilka. Próbuję go wykorzystać, a nie przeleżeć. U mnie to zdecydowanie kwestia podejścia;) Trzeba pozwolić sobie od czasu do czasu zwyczajnie zmarnować dzień, ale zmarnowanie całego miesiąca byłoby głupie. Listopad się już kończy, pożegnajcie się ładnie!

New for Fall-Winter

Pamiętam, że w moim mieście była organizowana taka akcja - napisz list do siebie z przyszłości. Listy zostały zamknięte w kapsule czasu, aby przeczekać tam trzydzieści lat, a po tym okresie mają zostać wysłane z powrotem do właścicieli. Fajnie, co? Też tak pomyślałam i napisałam do czterdziestoparoletniej siebie wyczerpującą notatkę, w której przypominam co powinnam do tego czasu osiągnąć. Nie pamiętam już dokładnie co zawarłam w tym liście, nigdy zresztą nie zdecydowałam się go zamknąć w kapsule, ale mam go nadal w zaklejonej kopercie na dnie pudełka. I wiem na pewno, że jednym z punktów było wyrażenie nadziei, że dorobiłam się pokaźnej garderoby na miarę Carrie Bradshaw.

Dwa lata później moje cele są zgoła inne. Nie marzę już o oddzielnym pokoju na niezliczone ubrania i dodatki, tylko o niewielkiej, funkcjonalnej i perfekcyjnej garderobie. Takiej, która nie ma setek rzeczy robionych przez dzieci z Bangladeszu czy ich matki pracujące za marne grosze. Takiej, która będzie zawierała elementy na tyle dobrej jakości, by mogły służyć mi przez długie lata. Takiej, której każdy element będzie leżał na mnie perfekcyjnie, a noszenie go będzie przyjemnością.
Od marzeń do rzeczywistości daleka droga, ale już jakiś czas temu zrobiłam pierwszy krok - podjęłam decyzję o drastycznym zmniejszeniu ilości nabywanych ubrań. Na sezon jesień-zima ustaliłam limit - tylko pięć elementów. Jak się okazało, po przeczytaniu raportu cleanclothes i kilku innych artykułów o podobnej tematyce, nawet nie chciało mi się szczególnie biegać po sieciówkach.


Ale ostatecznie znalazłam swoje pięć elementów, o których pisałam już tutaj. Zdecydowałam się na spójną, jesienną kolorystykę i muszę przyznać, że ze swoich jesienno-zimowych zakupów jestem bardzo zadowolona. Kolejne planuję dopiero za kilka miesięcy, więc na razie sklepy omijam szerokim łukiem:)

Nie muszę być lubiana przez wszystkich.


Taka sytuacja: Idę korytarzem szkolnym i nagle ją zauważam. Boże, gdzie uciekać? Znikąd ratunku. Ona już rozkłada ręce i generuje fałszywy uśmiech numer 15. Kiedyś błyskawicznie przyjęłabym sympatyczny wyraz twarzy i znosiła jej głośny rechot i apodyktyczną osobowość. Teraz kiedy ją widzę wyglądam na wkurwioną albo niechętną, czyli dokładnie tak jak się czuję. Ona już nie próbuje się przy mnie zatrzymywać, ani mnie przytulać. Mało tego - dwa razy się zastanowi zanim spróbuje mi coś narzucić, bo w chwili obecnej coraz mniej problemów nastręcza mi sprzeciwianie się innym ludziom. Normalnie trenuję.
Inny przykład: Kiedyś bardzo starałabym się utrzymywać dobry kontakt ze wszystkimi. Nawet z tymi, którzy prezentują swoje poglądy w sposób chamski i wulgarny, bo przecież tak poza tym to ludzie całkiem zabawni i lubiani. Nawet jeśli psują mi wieczór ciągłym gadaniem i rzucaniem niedojrzałych, idiotycznych tekstów, bo nie potrafią przez chwilę skupić się na muzyce orkiestry. Nawet jeśli ich zachowanie schodzi poniżej poziomu, a ja sama się czerwienię widząc co wyprawiają. I próbowałabym sztucznie podtrzymywać rozmowę, i rozpływałabym się w uśmiechach, i miałabym czas na to, żeby popisać na fejsie o niczym. A teraz nie mam. Ani czasu, ani ochoty, ani cierpliwości.

Takie sytuacje można by mnożyć, a wniosek jest jeden: mam mniej znajomych, za to nie skupiam się na ludziach, którzy nie mają dla mnie znaczenia. I nie zrozumcie mnie źle, nie odpycham nikogo, kto nic mi nie zrobił. Ja po prostu więcej czasu poświęcam sobie i swoim najbliższym zamiast tracić czas na tych, którym tak naprawdę nie mam nic do powiedzenia.