Przeżyj zimę

Chyba nie ma takiej pory roku, którą bym hejtowała tylko dlatego, że JEST. Latem może być fajnie, nawet jeśli ma się dwa małe jeziora pod pachami przez upał, zimą też może być fajnie, nawet jeśli temperatura sprzyja odmrożeniom podczas krótkiego spaceru. Mam swoje sposoby, żeby przetrwać zimę, co dla uczennicy, którą jeszcze jestem, wcale nie jest proste. Bo o ile sama zima jest w miarę okej, o tyle szkoła zimą to prawdziwa chujnia. Jest ciemno, jest zimno, oczy się same zamykają, a tu trzeba słuchać, a czasem nawet myśleć. No powariowali. Zresztą, w domu nie jest lepiej, bo łóżko stoi w zasięgu wzroku i tak bardzo mnie woła, że czasami ulegam. To teraz: jak uczynić zimę fajniejszą?

1. Nosić termos z kawą do szkoły.
Nie wiem jak ja żyłam przed termosem. To jest normalnie mój szkolny święty Graal. Wcześniej czasami kupowałam te siki z automatu, ale nie dość, że wychodziło drożej, to jeszcze nie pobudzało w ogóle. I te szykowne plastikowe kubeczki. Moja własna kawa pobudza, rozgrzewa i smakuje. Czasami siedzę po dziewięć godzin w szkole i bez kawy chyba bardzo bym płakała.

2. Kupić grube swetry i chodzić w nich bez przerwy.
Oczywiście te z jak największą zawartością wełny, bo są najcieplejsze. Mam kilka takich swetrów, które staram się łączyć z różnymi koszulami i dodatkami, ale właściwie mam gdzieś to, czy powtarzam w kółko te same stylizacje. Dopóki jest mi ciepło to nie narzekam. Bo wierzcie mi, siedzieć w szkole i marznąć to najczarniejszy scenariusz o tej porze roku.

3. Mieć koc i kochać koc
Mój kocyk jest niezbędnym elementem moich domowych stylizacji. Najchętniej zabierałabym go ze sobą do szkoły (nawet rzuciłam taki pomysł moim koleżankom, ale chyba nie wzięły go na poważnie). Zawijam się w niego jak buritto i mogę jakoś funkcjonować.

4. Jak najwięcej czasu spędzać z filmami i książkami.
Nie wiem czy tylko ja tak mam, czy zimą faktycznie filmy i książki smakują jakoś lepiej. Jakoś bardziej mnie ciągnie do tego, żeby obejrzeć kilka filmów pod rząd z tą samą aktorką albo przebrnąć przez różne dzieła jednego reżysera. Kulturalna strona mnie nagle budzi się do życia i jakoś więcej czasu udaje mi się znaleźć na książki. Nawet jeśli tego czasu generalnie NIE MA.

5. Słuchać muzyki z rana.

Słuchać to może za dużo powiedziane, bo tekst raczej do mnie wtedy nie dociera, ale coś brzęczącego w uszach zmusza mnie, żebym ruszyła tyłek i nie pogalopowała z powrotem do łóżka. Są to albo szybkie rockowe kawałki, albo skoczne, rytmiczne i idiotyczne, biorąc pod uwagę tekst, popowe piosenki. Aktualnie najlepiej budzi mnie... to trochę wstydliwe... feel the rain on your skin Natashy Begingfield! :D

#poważnyeksperyment: tydzień bez kawy


Cały tydzień katowałam się jak głupia. Doszłam do wniosku, że uzależniłam się od kawy, bo kiedy raz zapomniałam zabrać jej w termosie do szkoły, to myślałam, że mi głowę rozsadzi. I wtedy doszłam do wniosku, że tak być nie może, że jakiś głupi nawyk, przyzwyczajenie trzyma mnie za jaja tak mocno, że bez niego czuje się umierająca. Spoko, przesadzam, głowa mnie bolała, ale umierania nie było. Wyobraziłam sobie co by było, gdybym akurat była w podróży i nie miała gdzie wypić tej kawy. No bo powiedzmy, że siedzę sobie w jakimś pięknym zakątku, gdzieś daleko, ale nie mogę się tym całym pięknem cieszyć, bo nie mam kawy, więc jestem wredna dla ludzi i marnuję szansę na wszelkie potencjalne przygody. Tak to sobie wyobraziłam właśnie. I postanowiłam przestać pić kawę. Siorbałam sobie za to zieloną herbatkę i udawałam, że wszystko gra. Nie potrzebowałam nawet tej kawy aż tak bardzo, więc uzależnienie to może za duże słowo jednak. Mimo wszystko skarżyłam się wszystkim, którzy chcieli mnie słuchać, że żyję bez kawy już X dni i boli mnie głowa, ale jest dobrze, wiecie, trzymam się jakoś. Wtedy Kasia spojrzała na mnie jak na idiotkę i stwierdziła, że życie jest za krótkie, żeby odmawiać sobie przyjemności. No i znowu piję kawę. Koniec. Kurtyna.

Listopad to nie choroba

Nie czaję tej listopadowej zbiorowej depresji. W tym roku jestem jakoś mniej podatna na pogodę i nie tak łatwo mnie zagonić pod kołdrę w środku dnia. Szkoda mi trochę tego listopada, że taki znienawidzony i pogardzany. To ja powiem, że w tym roku listopad lubię. Wiadomo, że jest trochę inaczej - drzewa z kolorowych zmieniły się na zawstydzająco nagie, wstawanie rano do szkoły to chyba najtrudniejszy moment dnia, trzeba nosić grube swetry, bo można zamarznąć, a na zewnątrz ciemno, szaro i smutno (na pierwszy rzut oka).
Chwilami było ciężko - np. gdy siedziałam przez dziewięć godzin w szkole ubrana w cienki sweterek narzucony na koszulkę. Serio, nie widzę nic gorszego niż nieodpowiedni strój, w którym marznę. Albo gdy budzę się w podłym nastroju i wiem już, że przez większość dnia będę miała minę suki, która poćwiartuje każdego kto się do niej odezwie. Wtedy raczej odsuwam się od ludzi. Senność też mnie często dopada, czasem po prostu muszę zrobić sobie popołudniową drzemkę, albo wlać w siebie kubek kawy. Pewnie, że niektóre dni są do dupy.

Ale listopad to nie choroba. W tym roku nie zdarzyło mi się na niego narzekać, zwłaszcza, że deszczowych dni było tylko kilka. Próbuję go wykorzystać, a nie przeleżeć. U mnie to zdecydowanie kwestia podejścia;) Trzeba pozwolić sobie od czasu do czasu zwyczajnie zmarnować dzień, ale zmarnowanie całego miesiąca byłoby głupie. Listopad się już kończy, pożegnajcie się ładnie!