Leniwy początek weekendu.

Nie mam lepszego pomysłu na rozpoczęcie weekendu po tak ciężkim tygodniu, jak wieczór z magazynem i czekoladkami (dzięki Panno Pe!). W planach pozostaje także oglądanie filmów według sprawdzonego schematu - na piątek coś lekkiego, sobota z ambitnym kinem, a w niedzielę serial. Może kiedyś szalałabym z wyrzutów sumienia, że zamiast się uczyć, rozwijać, pisać i czytać mądre rzeczy, marnuję czas na oglądanie kolorowych zdjęć w gazetce i wlepianie wzroku w ekran. Obecnie widzę, że potrzebuję przerw, a leniuchowanie wcale nie jest złem koniecznym, tylko procesem przyjemnym i potrzebnym:) Jako że weekend zapowiada się luźniej niż zwykle, nie zamierzam się przemęczać, czego i Wam życzę.

A temat „zdrowego leniuchowania” poruszę tutaj już wkrótce, ponieważ przydało mi się ono bardziej niż można by przypuszczać.

Relaksującego weekendu życzę!

Drodzy Państwo, ogłaszam jesień.

The Outnet F/W 2014
Do tej pory uparcie ignorowałam kalendarz wmawiając sobie, że to, co mamy za oknem to późne lato. Zdychające, ale lato. Od dzisiaj nie mogę się tak dłużej oszukiwać, albowiem prawie zamarzłam na kość w szkole. W związku z powyższym podjęłam pewne kroki, aby utrzymać przy sobie ciepełko i przestawiłam szafę na tryb jesienny. Co w praktyce oznacza wymianę topów i koszulek na bluzki z długim rękawem i ukochane koszule. Nareszcie wyjęłam z mrocznych głębin grube swetry i chusty, kupiłam botki (tak, kolejny punkt z listy pięciu elementówskreślony!), a także usunęłam z zasięgu wzroku baletki i cieniutkie sweterki. Punkt dla mnie (ale i tak zimno wygra, choćbym się nosiła jak kloszard, ja po prostu marznę zawsze i wszędzie).
The Outnet F/W 2014
Stan umysłu też powoli przestawiam na jesienny. Złe samopoczucie mogę usprawiedliwić pogodą. Koc staje się moją drugą skórą, w którą owijam się po powrocie do domu. Herbata znowu smakuje lepiej, a szarlotka zostaje ogłoszona ciastem miesiąca.
No i liście lecą z drzew (niektórzy to lubią), deszcz pada tak jesiennie (romantycznie), a poranek można przywitać, np. z książką i kubkiem gorącego kakao pod kocem przy oknie (opcjonalnie w zestawie sweter+skarpety+gołe nogi, bo niby zimno, ale spodni założyć nie wypada). Nie zapominajmy o kasztanach, którymi można fantazyjnie udekorować pokój (albo poczuć ból egzystencjalny jak spadają z drzewa prosto na głowę – boli, potwierdzone info). Generalnie, jest miło.


Oczywiście mimo tych niezaprzeczalnych zalet, jesień ma także masę chujowych aspektów, ale nie warto sobie nimi zaprzątać głowy. Jestem optymistką, nawet jesienią. 

Work hard, play hard!

Zdanie z tytułu stało się dewizą życiową jednej z moich najbliższych szkolnych koleżanek. Magda kilka tygodni temu wybyła z grupą znajomych do Włoch, zabalowała tam za wszystkie czasy i wróciła do Polski odmieniona. Przywiozła ze sobą nie tylko piękną opaleniznę, ale też pewien sposób na przyjemniejsze życie. Otóż Madzia jest osobą ambitną, sumienną i inteligentną. Dobrze się uczy, ma liczne zainteresowania, chodzi na zajęcia pozalekcyjne, a do tego jest sportowym objawieniem. Dziewczyna jak czegoś chce, pracuje ciężko. Ale bawić też się potrafi i bardzo lubi. Wiem, bo zdarzało mi się bawić razem z nią. Od czasu owego wyjazdu dewiza work hard play hard wbiła się Magdzie do głowy jeszcze bardziej. I myślę, że to jest najlepszy możliwy sposób na życie. Jak pracować to całym sobą, jak się bawić to z pierdolnięciem.