Najlepsza funkcja na facebook'u EVER.


Wszyscy na fejsie są tacy zabawni. Karniak leci za karniakiem, wszystkie brzmią podobnie nie lubię się myć albo wącham swoje stopy. I jest beka w opór, bo ktoś to potem przeczyta, hehe. Jak nie karniaki to sezonowe gry i zabawy, czyli wypij piwo na raz i nominuj 77 kolejnych osób. Kolejny ukochany typ to taki, który zaprasza cię na wszystkie możliwe wydarzenia dziejące się w jego okolicy, mimo że mieszkasz ponad 300 kilometrów dalej. Ale co tam, chętnie wybiorę się na zawody wędkarskie czy inne gówno. Jest też ten z wiecznymi pretensjami do świata, czyli publikujący statusy typu życie jest do dupy albo dlaczego to zrobiłaś. Pod spodem kilka komentarzy z hejtami. Nie zapominajmy też o laskach, które co najmniej raz w tygodniu wstawiają fotkę typu selfie w makijażu, który eufemistycznie można określić "wyrazistym", a na każdym kolejnym zdjęciu poza natężeniem dzióbka i kolorem szminki nie zmienia się chyba nic.

Ten przydługi wstęp prowadzi do właściwego tematu moich dzisiejszych rozważań, czyli a może by ich tak wszystkich grzecznie wyprosić ze swoich znajomych?. No i faktycznie, to przecież ludzie, z którymi mam mało wspólnego, których najczęściej nawet dobrze nie znam, bo widzieliśmy się ze dwa razy przy jakiejśtam okazji i których życie nie obchodzi mnie w najmniejszym stopniu. Zalewają mnie potokiem gówna w postaci spamu, a ja muszę się w tym grzebać. No ja dziękuję. Wiecie jak to jest z minimalistami, nie lubią jak jest za dużo. Ja minimalistką nie jestem (choć inspiruję się bardzo:)), ale też nie lubię nadmiaru. Toteż już dawno temu zaczęłam blokować niektórych zaśmiecających mi tablicę. Na fejsie mam już większy porządek, teraz pracuję nad realem.

O! Akurat facebook'owa tablica ukazała mi pięć zdjęć koleżanki chwalącej się nowym chłopakiem. Nawet nie są w albumie, żeby wyświetliło się raz. Pięć zdjęć wyskakujących po sobie. I te opisy. Romantyzm. Miłość. Namiętność. Przestań obserwować: Marta. Jestem taka wzruszona.

Leniwy początek weekendu.

Nie mam lepszego pomysłu na rozpoczęcie weekendu po tak ciężkim tygodniu, jak wieczór z magazynem i czekoladkami (dzięki Panno Pe!). W planach pozostaje także oglądanie filmów według sprawdzonego schematu - na piątek coś lekkiego, sobota z ambitnym kinem, a w niedzielę serial. Może kiedyś szalałabym z wyrzutów sumienia, że zamiast się uczyć, rozwijać, pisać i czytać mądre rzeczy, marnuję czas na oglądanie kolorowych zdjęć w gazetce i wlepianie wzroku w ekran. Obecnie widzę, że potrzebuję przerw, a leniuchowanie wcale nie jest złem koniecznym, tylko procesem przyjemnym i potrzebnym:) Jako że weekend zapowiada się luźniej niż zwykle, nie zamierzam się przemęczać, czego i Wam życzę.

A temat „zdrowego leniuchowania” poruszę tutaj już wkrótce, ponieważ przydało mi się ono bardziej niż można by przypuszczać.

Relaksującego weekendu życzę!

Drodzy Państwo, ogłaszam jesień.

The Outnet F/W 2014
Do tej pory uparcie ignorowałam kalendarz wmawiając sobie, że to, co mamy za oknem to późne lato. Zdychające, ale lato. Od dzisiaj nie mogę się tak dłużej oszukiwać, albowiem prawie zamarzłam na kość w szkole. W związku z powyższym podjęłam pewne kroki, aby utrzymać przy sobie ciepełko i przestawiłam szafę na tryb jesienny. Co w praktyce oznacza wymianę topów i koszulek na bluzki z długim rękawem i ukochane koszule. Nareszcie wyjęłam z mrocznych głębin grube swetry i chusty, kupiłam botki (tak, kolejny punkt z listy pięciu elementówskreślony!), a także usunęłam z zasięgu wzroku baletki i cieniutkie sweterki. Punkt dla mnie (ale i tak zimno wygra, choćbym się nosiła jak kloszard, ja po prostu marznę zawsze i wszędzie).
The Outnet F/W 2014
Stan umysłu też powoli przestawiam na jesienny. Złe samopoczucie mogę usprawiedliwić pogodą. Koc staje się moją drugą skórą, w którą owijam się po powrocie do domu. Herbata znowu smakuje lepiej, a szarlotka zostaje ogłoszona ciastem miesiąca.
No i liście lecą z drzew (niektórzy to lubią), deszcz pada tak jesiennie (romantycznie), a poranek można przywitać, np. z książką i kubkiem gorącego kakao pod kocem przy oknie (opcjonalnie w zestawie sweter+skarpety+gołe nogi, bo niby zimno, ale spodni założyć nie wypada). Nie zapominajmy o kasztanach, którymi można fantazyjnie udekorować pokój (albo poczuć ból egzystencjalny jak spadają z drzewa prosto na głowę – boli, potwierdzone info). Generalnie, jest miło.


Oczywiście mimo tych niezaprzeczalnych zalet, jesień ma także masę chujowych aspektów, ale nie warto sobie nimi zaprzątać głowy. Jestem optymistką, nawet jesienią.